Vespa Rallye des 3 Massifs 2023
Nasz Andrè, znany z wielu filmów SIP Scootershop i zawodnik na torach tego świata, tego lata przejechał już prawdziwy maraton na swojej Vespie. A lato jeszcze się nie skończyło. Tym bardziej cieszymy się, że znalazł czas, aby napisać dla nas dziennik podróży o swojej ostatniej przygodzie. Naszym zdaniem: naprawdę warto przeczytać!
3.500 kilometrów na Vespie GS
Nie ma mowy! To byłaby moja szczera odpowiedź, gdyby ktoś zapytał mnie w takiej sytuacji, czy nadal chcę wziąć udział w Rajdzie 3 Masywów Rajdzie 3 Masywów (3M). Po wyprawie do Albanii(Giro dei Tre Mari) na początku miesiąca, następnie wycieczce SIP do Interlaken i udziale w samych Światowych Dniach Vespy, 3500 km, które czułem "na rowerze", były już całkiem w moich kościach ..
Ale nie miałem wyboru. Zostałem już zaproszony w zeszłym roku, zaakceptowałem, ale później musiałem odwołać z powodów rodzinnych. Gdybym zrezygnował ponownie w tym roku, wyszedłbym na żartownisia, co nie jest w moim stylu. Więc co mi tam, dodam kolejne sześć dni wakacji do kalendarza; a jeśli mam to zrobić, zrobię to na drodze z Interlaken w Szwajcarii do punktu startowego rajdu, La Grave we Francji. Żeby było jasne: Przejechać kolejne 350 km, a następnie zostać dopuszczonym do udziału w przejeździe kolejnych 1500 km tam - ha!
Przynajmniej mój GS był na to gotowy. Po dostrojeniu gaźnika w Albanii i zajęciu się kilkoma drobiazgami w domu, takimi jak głowica kierownicy i łożyska przedniej osi, trasa do Szwajcarii była dość płynna i przyjemna.
Na czerwonej Vespie Rally do raju dla surferów
Tak więc technicznie i pod względem jazdy już całkiem pewni siebie, opuściliśmy Interlaken z kierunkiem na południe. Thomas na swojej czerwonej Rally, a ja na wiernym GS. Z jednej doliny do drugiej koleją motorową? Brzmiało jak zmiana i mała przygoda. I tak było, a krótka przejażdżka kolejką Lötschbergbahn była pierwszą atrakcją.
Po drugiej stronie góry znaleźliśmy się w kantonie Valais i natychmiast odwiedziliśmy znajomego z VWD: Gabriela Gigera, rysownika i grafika, który podziela nasz entuzjazm dla Vesp i Lambrett. Po bardzo spokojnej nocy w Schlosshotel Leuk, następnego dnia kontynuowaliśmy podróż na południe w dół Valais. Poranną kawę wypiliśmy w obozie surfingowym ze sztucznymi falami, które zostały tam zbudowane z ziemi. Jednak upał nie pozwolił nam na dłuższą przerwę. Woleliśmy wrócić do naszych wygodnych Vesp i włączyć klimatyzację ... lub coś w tym stylu.
Następnym przystankiem było Annecy z pięknym jeziorem i rzeczywiście znaleźliśmy uroczy, malowniczy hostel niedaleko brzegu. Bez zbędnych ceregieli postanowiliśmy zrobić sobie tam przerwę i dobrze się bawić. Kąpaliśmy się i odpoczywaliśmy cały dzień.
Zespół "Les Teutos" został skompletowany

Ralph Bollag, Thomas Haas, Horst Weitkamp i niewidzialny ja.
Następny dzień znów miał być bardziej męczący. Przede wszystkim pod względem jazdy, ponieważ do pokonania było kilka małych przełęczy, ale później także towarzysko, ponieważ spotkaliśmy się z naszym zespołem rajdowym i około 200 innymi uczestnikami. Horst przyjechał bezpośrednio z Landsberga z Vespą GS 160 w swoim samochodzie. Ralph Bolag z Zurychu był nie tylko liderem naszego zespołu na Vespie GS 150, ale jest także weteranem 3M i ma wieloletnie doświadczenie w tej imprezie.
Umówiliśmy się, że będziemy jeździć tylko jako turyści! Bez mierzenia czasu, zbierania pięknych wrażeń i bez stresu. Taki był plan. Następnego ranka świat wyglądał inaczej pod wieloma względami. Po pierwsze, po raz pierwszy od tygodni zaczęło poważnie padać, a po drugie, zaraz po starcie wyrzuciliśmy nasze postanowienia za burtę i wcisnęliśmy gaz do dechy. W porządku, pomyślałem, na pewno będzie trochę początkowej euforii, ale w rzeczywistości nasz zespół utrzymał wysokie tempo, aż wieczorem dotarliśmy do portu promowego w Savonie. To, co zrobiło na mnie szczególne wrażenie, wydarzyło się w porze lunchu: nagle doświadczony lider opuścił nos jak pies i obwąchiwał każdy zakątek, aby sprawdzić, czy nie ma punktu kontrolnego, aby odebrać pieczątkę. Oczywiście miał dobry nos i chwilę później nasze chorągiewki z tarczami na nogi otrzymały swoją pierwszą odznakę.
Noc na promie w cztery osoby w czteroosobowej kabinie to było coś dla prawdziwych koneserów. Fakt, że klimatyzacja była wyłączana od około 2:00 w nocy, był prawdopodobnie dobry, aby oszczędzać energię. Tak czy inaczej, wczesnym rankiem życie obudziło się ponownie. Statek zacumował, a korsykański klub Vespa czekał na nas w pobliskim barze na plaży na śniadanie. Po około 1000 km i ponad siedmiu dniach w drodze, po raz pierwszy zanurzyliśmy się w Morzu Śródziemnym!
Dramat i wsparcie na przełęczy
Dwie godziny później, około 9:00, rozpoczęła się codzienna procedura startowa. Minuta po minucie, każdego dnia startował jeden czteroosobowy zespół. Byliśmy zespołem 42, a więc punktualnie o 9:42. O tym, że dzienna trasa na Korsyce była kręta nie trzeba chyba pisać. W końcu ta piękna wyspa miała kiedyś swój własny rajd, który był jednym z najbardziej uciążliwych ze wszystkich i nazywał się "Rajdem 1000 Zakrętów".
Chociaż byliśmy dość zmotywowani poprzedniego dnia, dziś nie wszystko poszło tak gładko. Kilka razy musieliśmy kombinować. Tu drgnęła linka sprzęgła, tam linka podstawy zapłonu, nawet moja Vespa postanowiła w międzyczasie rozebrać airbox. Tak więc późnym rankiem zrezygnowaliśmy z chęci osiągnięcia klasyfikacji. Ale tempo nadal nie spadało, w jakiś sposób był to tylko puls, który napędzał nas i zespół Schweitzer "trop vite pommes frittes" przez całą wyspę.
W Corté znaleźliśmy miłe miejsce na lunch z dużo niższymi cenami niż w Szwajcarii. Haasi i ja jedliśmy tam kilka lat temu, kiedy byliśmy na wyspie z zespołem SIP Scootershop. Powiedzieliśmy im, że wyjątkową rzeczą na Korsyce jest słodka woda i że są tam nawet naturalne baseny lub "Gumpen" w języku bawarskim. Najwyraźniej ktoś nawet mnie posłuchał, kiedy to powiedziałem, ponieważ kiedy później po południu airbox ponownie poluzował się z gaźnika, reszta grupy wycieczkowej poszła popływać w rzece obok drogi, podczas gdy ja ją naprawiłem.
Po tej atrakcji naturalnego piękna i fizycznego odświeżenia, wciąż było wyczerpujące, dopóki nie dotarliśmy do hotelu. Na wyspie znajduje się przełęcz i faktycznie doświadczyliśmy tego samego, co w 2017 roku, kiedy byłem tam po raz pierwszy z SIP: jeden po drugim zabrakło nam paliwa, a daleko i szeroko nie było stacji benzynowej. Ale nie zatrzymaliśmy się! Rozprzestrzenił się niezwykły duch zespołowy. Jedna z naszych Vesp i tak źle odpaliła i trzeba było ją pchać po każdym postoju. Ponadto ci, którzy wciąż mieli paliwo, pchali tych z pustymi zbiornikami, aż do tych, którzy mieli ze sobą kanistry. To był niezwykły obraz i naprawdę wzruszające, jak razem pomagaliśmy i wszyscy razem dotarliśmy do hotelu! Dla tych, którzy nie doświadczyli utknięcia pośrodku niczego, a następnie bycia popychanym przez przyjaciela, życzę tego z całego serca. Chciałabym też mocniej odczuwać ten akt wzajemnego wsparcia w codziennym życiu.
Ale absolutna atrakcja miała dopiero nadejść. I to jeszcze tego samego wieczoru. Właściwie pożegnaliśmy się z klasyfikacją czasową, ponieważ jeśli poważnie myślisz o 3M, musisz jechać niezwykle konsekwentnie z dużą prędkością. Na przykład czteroosobowe zespoły utrzymują średnią, rozdzielając się na postojach paliwowych: Jeden tankuje, drugi dolewa wszystkim oleju, trzeci płaci, a trzeci może sikać lub palić, zgodnie z zaleceniami lekarza. Byliśmy daleko od tego z naszymi postojami, pysznym obiadem i kąpielą w wąwozie. Chociaż otrzymaliśmy również wiadomość na punkcie kontrolnym, że jesteśmy dokładnie minutę przed wyznaczonym czasem. Zlekceważyliśmy to jako pomyłkę. Ale wieczorem niespodzianka: Team "Trop-Vites" wygrał klasyfikację dnia, a "Les Teutos" (my) zajęliśmy drugie miejsce. Byliśmy niezmiernie szczęśliwi i chwilę później padliśmy błogo do łóżka po tym wspaniałym dniu.
Szczęście w nieszczęściu

Trzeci etap dnia odbył się na południu wyspy. Niestety, od południa dzień został przyćmiony przez incydent, w którym jeden z naszych zawodników uległ wypadkowi. Pojechałem z nim do szpitala i dołączyłem do grupy dopiero na promie. Dzięki Bogu obyło się bez poważnych obrażeń, tylko kilka złamanych żeber i obojczyk. Ale szok był głęboki. Ogólnie rzecz biorąc, na rajdzie było kilka skuterów z wyraźnymi bliznami bojowymi. Z pewnością było więcej kraks i wypadków. Był to więc naprawdę wymagający rajd sportowy, a mniej kiczowata przejażdżka wakacyjna.
Odzwierciedlał to również mój GS na początku ostatniego etapu. Hamulce praktycznie nie działały, airbox był zabezpieczony opaskami zaciskowymi, wspornik wydechu był całkowicie rozerwany itp. Mimo to musieliśmy pokonać 280 km z powrotem do La Grave. Pomimo szybkiej średniej prędkości 45 km/h, to sześć godzin jazdy w kategoriach czysto matematycznych. Do tego dochodzą przerwy i postoje. Byłby to więc z pewnością długi dzień. Chociaż przejechaliśmy przez wiele innych urzekających krajobrazów i miejsc wartych zobaczenia, ten dzień był dla nas prawdziwym wysiłkiem. Dwóch kolejnych zawodników, tym razem z zespołu "Trop-Vites", musiało zostać z tyłu z powodu usterek. Tak więc tylko pięciu z ośmiu kolarzy dotarło do startu i mety w La Grave o własnych siłach. Po bardzo smacznym obiedzie przypominającym paellę dla wszystkich uczestników i ceremonii wręczenia nagród, szybko się pożegnaliśmy i z radością wróciliśmy do domu nowoczesnym, wygodnym samochodem.
Sam wśród Francuzów

Jak dojechała do domu pozostała dwójka, która ostatniego dnia najpierw straciła sprzęgło, a następnie zepsuła spryskiwacz podczas naprawy?
David relacjonuje: "Po tym, jak Sandro i ja czekaliśmy półtorej godziny na pomoc drogową, w końcu wyruszyliśmy na Vespie, którą zamieniliśmy z Seanem. Jednak po około pół godzinie mieliśmy kolejną awarię - zablokował się tłok. Staliśmy gdzieś pośrodku niczego, w lesie. To było po prostu irytujące. Znów czekaliśmy 15-20 minut. Kiedy w końcu przyjechała pomoc drogowa, oddałbym mu swoje pierworodne dziecko albo nawet lewą nerkę, żeby tylko zawiózł nas aż do La Grave. Ale on nie chciał o tym słyszeć i wolał zostawić nas w lesie. "Macie ubezpieczenie", powiedział. Po długich negocjacjach zgodziliśmy się, że zawiezie nas do następnej wioski. Wsiedliśmy więc na tył furgonetki i po pięciu minutach w środku było około 60 stopni.
Ta wioska składała się tylko z około 20 domów - zaścianek! Poszliśmy prosto do następnego baru i sprawdziliśmy, czy jest tam połączenie autobusowe lub kolejowe. Ale ta wioska nie miała ani pociągu, ani autobusu - nic! Kiedy zapytaliśmy, jak daleko jest taksówką, otrzymaliśmy odpowiedź: "800 euro". I to w niedzielę, kiedy i tak nikt by nie jechał. Byliśmy dość zagubieni, ale też uznaliśmy sytuację za zabawną. Wróciliśmy więc do głównej drogi i próbowaliśmy zatrzymać jakiś samochód, aby podwieźć nas do następnego największego miasta, które było oddalone o około 40 minut. W końcu jakaś starsza pani zlitowała się nad nami i podwiozła nas kawałek drogi. Kiedy wsiedliśmy, cali spoceni i śmierdzący, oczarowałem ją i pozwoliła nam jechać pełne 50 minut do większego miasta.
Tam ustawiliśmy się przy wjeździe na autostradę ze znakiem "Grenoble" i czekaliśmy. W tym momencie doświadczyliśmy wiele: byliśmy tłumieni, obrażani, ignorowani, a nawet wyśmiewani. Odbyliśmy nawet rozmowę z imigrantem, który powiedział nam, że dokładnie wie, jak się czujemy. Po około pół godzinie mieliśmy ogromne szczęście, gdy dwie młode, podobno lesbijki, które pochodziły z Francji, ale mieszkały w Genewie, podwiozły nas. Wiozły nas stamtąd do Grenoble przez około trzy godziny i były całkiem zabawne.
Następnie w pobliżu Grenoble wysiedliśmy i wypiliśmy kolejnego drinka, leżąc na wkurzonej trawie w strefie odpoczynku przez kolejne trzy godziny, czekając, aż Sean przyjedzie tutaj naszą furgonetką w drodze powrotnej do Szwajcarii. Krótko mówiąc, mieliśmy wielkie szczęście, że znaleźliśmy otwarte panie dwa razy na raz, które podwiozły nas na duże odległości i których trasa idealnie pasowała do celu naszej podróży"
Wnioski
Wszyscy wrócili do domu i za kilka tygodni wszystkie urazy człowieka i maszyny zostaną całkowicie wyleczone. Chcielibyśmy serdecznie podziękować Vespa Club Dauphinois, nie tylko za doskonałą organizację, ale także za wyjątkowe doświadczenia, których z pewnością nie zapomnimy w pośpiechu. Jak bardzo byłbym zirytowany, gdybym tu nie był ... W tym sensie więcej szumu, mniej bla bla! Do zobaczenia następnym razem!
-------------
Jeśli również planujesz przygodę na skuterze, polecam nasz kompleksowy Przewodnik turystyczny.